Niedomagania Mikrusa -
Wspomina inż. Hieronim Kubiak
Mojego Mikrusa kupiłem na talon, który dostałem jako jeden z pracowników WSK - samochód pochodził z pierwszych 300 sztuk. Zakład (WSK Rzeszów) dostał talony na 30 czy 40 samochodów do rozprowadzenia wśród ludzi, którzy przy nim pracowali. Tak samo dostał Mielec, Dębica, Krakowskie
Zakłady Armatur, Świdnica i inni kooperanci.
Mieliśmy ekipę i jeździliśmy minimum w 3 Mikrusy a czasem i w pięciu. Robiliśmy nawet dalekie trasy, nad morze czy do Szczecina. Często jeździłem np. do mamy do Poznania. Bo w Rzeszowie znalazłem się w 50-tym roku, wezwany nakazem od Cegielskiego z Poznania do produkcji silników
odrzutowych. Dostałem delegację na dwa tygodnie. No i już minęło 55 lat.
Dlaczego narzekano na Mikrusa? Podstawowa rzecz, jaka była niedopracowana to prądorozrusznik. Ja jeździłem na prądorozruszniku niemieckim, bo pierwsza seria 300 sztuk była wyposażona właśnie w ten element z importu. W tych prądorozrusznikach były dopracowane przerywacze i cała elektryka.
A później zaczęła je produkować Świdnica - oni nie mieli jeszcze dobrego rozeznania materiałowego itd. Podstawowy mankament był taki, że po niedługim okresie eksploatacji przestawiał się zapłon, albo nadpalały się przerywacze.
Trochę inna sytuacja była z gaźnikami - pierwsze Mikrusy miały gaźniki marki Bing, a później Łódź zaczęła robić krajowe, na których Mikrusy bardzo dobrze jeździły. Gaźniki miały wymienne dysze i można było sobie przestawiać albo na większą moc albo mniejsze zużycie paliwa. Ci, którzy
się trochę znali to sobie radzili, ale jeśli ktoś nie wiedział co to jest to bał się zaglądnąć. I usterki powodowały, że niektórzy nie dawali sobie rady.
Później znalazło się w Mielcu paru racjonalizatorów i zaczęli wprowadzać różne rzeczy, np. do krzyżaków oryginalnie były łożyska igiełkowe a oni zamiast łożysk wstawili tulejki z tworzywa, które bardzo szybko się wybijały. My (tzn. użytkownicy) usprawnialiśmy to w ten sposób, że
gwintowaliśmy główki krzyżaków, żeby nawet podczas awarii w drodze można było kluczem odkręcić element i wymienić tulejkę. To rozwiązanie się sprawdziło. Zamiast miseczek wbijanych i zabezpieczanych segerem nagwintowaliśmy gniazda, w które wkręcało się gwintowane brązowe tulejki
z nacięciami na górze i zabezpieczeniem wielowypustowym, żeby się miski nie odkręcały. No więc przez oszczędność i "racjonalizację" niektóre dobre rozwiązania zepsuto.
Czasami problem sprawiały teleskopy - układ był taki, że sprężyna i teleskop wewnątrz. Ja woziłem teściową, żonę, teścia i syna w tym Mikrusiku, no więc proszę sobie wyobrazić jakie było obciążenie. I teleskopy nie wytrzymywały, dlatego miałem zapasowe i w czasie dalszych jazd trzeba
było od czasu do czasu zaglądnąć pod samochód. A jeśli chodzi o eksploatację przez człowieka, który nie był obeznany z techniką to taki mógł mieć problemy choćby z powodu przestawionego zapłonu. Mnie się nie zdarzyło, żeby ktoś ciągnął mnie do Polmozbytu, bo sam sobie wszystko zrobiłem.
Serwis był bardzo dobrze załatwiany przez Mielec - Polmozbyty robiły przeglądy a Mielec opiekował się całością. Mój kolega Włodzimierz Siwy jeździł w serwisie i w prawie wszystkich Polmozbytach były serwisy mikrusowskie. W Mielcu była też specjalistyczna stacja obsługi poza zakładem.
Z karoserią się nic nie działo, była bardzo solidna - z blachy ok. 0.7 - 0.8 mm. Prywatnie trochę wygłuszaliśmy pracę silnika, bo początkowo wirniki, które wyszły z Krakowa były nie wykańczane, z ostrymi krawędziami, więc gwizdały. Próbowaliśmy je poprawiać, malować i nawet niektóre
egzemplarze chodziły znośnie.
Był jeszcze jeden mankament - przy skrzyni niesynchronizowanej zdarzały się jej zniszczenia przez niedoświadczonych użytkowników. Szczególnie dotyczyło to wstecznego biegu, który był bardziej delikatny.
Ogólnie wydaje mi się, że awaryjność nie była duża jak na tamte czasy. Wiadomo, jeśli jakiś antytalent dostał ten samochód w ręce to najczęściej załatwił skrzynię.
Była jeszcze sprawa dotycząca ogumienia. Ponieważ koła "dziesiątki" były za delikatne, poza tym gumy produkcji dębickiej były słabe, więc Mielec się przymierzał do zastosowania kół fiatowskich. Później widziałem takie samochody poprzerabiane prywatnie, z układami napędowymi od Fiata
600.
Mojego Mikrusa sprzedałem do Leżajska, później znowu przeszedł w inne ręce i nawet trzeci właściciel z Tarnowa przyjechał do mnie i dziękował, bo był bardzo z tego samochodu zadowolony.